„Leming polski” – teksty wybrane

„Leming polski” – teksty wybrane

3
0
SHARE

pasierbiewicz

Dedykowane celebrytom salonu III RP

Pewien stary rybak z Jastarni powiedział mi kiedyś, że Pan Bóg,

sypiąc helską mierzeję ze złotego piasku, musiał być w szampańskim humorze.

I wiedział, co mówi, gdyż ta od wieków wygrywająca z morzem kosa

ulepiona z uśpionych wydm porosłych rozczochranymi od wiatru sosnami,

to zaczarowane miejsce na ziemi,

gdzie z nieba leje się szczęście w kolorze jantaru.

Ten cud natury odkryto w latach trzydziestych ubiegłego wieku

a Półwysep Helski stał się miejscem letniego relaksu elit Drugiej Rzeczpospolitej

kiedy to na naszej riwierze północy rodził się szykowny styl spędzania wakacji

podług rytualnego rytmu:

poranny spacer w szykownej pidżamie, południowa plażowa rewia mód,

potem kawiarniane pogawędki w aurze cienkiego dowcipu i frywolnej plotki,

wieczorem zaś, osławione dancingi,

na których przygrywały z fasonem big-bandy Golda i Petersbuskiego

a towarzystwo tańczyło w smokingach i cocktailowych sukniach.

I tak, helskie rybackie wioski przeistoczyły się w ekskluzywne kurorty,

gdzie królowały nienaganne maniery, szyk, elegancja

i szacunek dla piękna bałtyckich plaż.

To tam właśnie spędzały swe letnie wakacje takie ikony, jak

Mościcki, Beck, Bodo, Halama, Smosarska… długo można wymieniać.

Sielankę przerwał jednak pewien obłąkany malarz z chaplinowskim wąsikiem,

który chciał ludzi podzielić, na szczęście bezskutecznie,

na „lepszych” od „gorszych”.

Po wojnie, kiedy nas Roosevelt z Churchillem odsprzedali Moskwie

kurorty helskie nawiedziła pandemia Funduszu Wczasów Pracowniczych.

Jednakże, nawet w tych mrocznych czasach,

kiedy marzeniem Polaków był romans z kaowcem domu wczasowego

na Półwysep powrócili ludzie, którzy chcieli i umieli się elegancko bawić,

a w literaturze ten piękny czas został uwieczniony w książce pt.

„Epopeja helskiej balangi – GRUPA”.

Książka ta dała zaczyn organizowanym przez jej autora

na urokliwych tarasach widokowych nowego Domu Zdrojowego w Jastarni

„Dorocznym Spotkaniom z Helską Balangą”

a stałymi gośćmi tych

baśniowych symfonii bałtyckiego snu nocy letniej

były takie ikony polskiego teatru i filmu, jak

Ewa Wiśniewska, Magdalena Zawadzka, Joanna Szczepkowska,

Gustaw Holoubek, Zbigniew Zapasiewicz, Janusz Gajos,

oraz wiele wielkich nazwisk salonów naukowo artystycznych.

I tak, przez kilka dekad drugiej połowy ubiegłego wieku,

przy ciepłej wódeczce i śledziu w śmietanie bawił na Helu kwiat

inteligenckich elit pomrocznego czasu komuny

swoisty konglomerat gwiazd teatru i filmu, świata nauki, sztuki,

niebieskich ptaków, prywaciarzy i ubeków, którzy byli wszędzie.

Wtedy to, na Helu nastąpił samorodny podział towarzystwa:

bowiem w Chałupach koczowali artyści, w Jastarni grasowali birbanci,

w Kuźnicy medytowali wrażliwcy,

a w Juracie panoszył się biznes i jego popłuczyny.

Ale wszyscy żyli w „symbiozie” ludzi z nazwiskami, fantazją, pieniędzmi,

złączonych przyjacielską jednością i upodobaniem wolności.

I tak, mimo szpetoty komuny „epopeja helskiej balangi” była piękna,

bo łączyła ludzi w walce ze złem.

I choć bywało wtedy niewesoło, a częstokroć chłodno i głodno

na Półwyspie Helskim nigdy nie zabrakło sytej strawy za małe pieniądze.

Bowiem, gdy upał już nieco zelżał,

przed rybackimi chatami wystawiano na wykoślawionych zydlach,

tace mieniących się srebrem rolmopsów z gorczycą

i pachnące jałowcem patery

przesypanych kryształami soli świeżo wędzonych fląder

połyskujących w blasku gasnącego słońca miodową barwą bursztynu.

Pod wieczór zaś zaczynał się snuć po Półwyspie

aromat „świętego dymu” starych kaszubskich wędzarni,

wabiący najwybredniejszych smakoszy

do owych zaczarowanych miejsc, gdzie jak w cynamonowych sklepach

na ręcznie kutym ruszcie

zwisały ciężko szkarłatno brunatne płaty bałtyckich łososi

i grona węgorzy wędzonych z maestrią na czereśniowym drewnie,

iście boskie cymesy o smaku, który podlany kieliszeczkiem „czystej”

przywracał wątpiącym wiarę, iż życie potrafi być piękne.

Aż nadszedł czas, „upadku” komuny, kiedy nas Pan Bóg „pokarał wolnością”

i wszystko, co było na Helu piękne szlag trafił,

gdyż wraz z nastaniem Trzeciej Rzeczpospolitej

rozpleniły się w Polsce lemingi,

które Półwysep Helski upodobały sobie za miejsce letnich wakacji,

a rząd dusz nad tą wykarmioną przez Gazetę Wyborczą populacją

objął wszechmogący redaktor owej gazety,

która dla jej „czytelników” stała się słowem objawionym.

I życie dopisało drugi tom „epopei helskiej balangi”

Sztab polskich lemingów zagnieździł się wówczas w Juracie,

a ten czas helscy Kaszubi nazwali dobą Niemczyckiego,

czarodzieja interesu, który

obskurne komusze sanatorium zmienił w snobistyczny hotel „Bryza”

dokąd jak muzułmanie do Mekki pielgrzymują baronowie polskiego biznesu

i wlokąca się za nimi chmara czeladników.

Na plaży owego „elitarnego” hotelu zagnieździło się wówczas

jedzące Michnikowi z ręki post-komusze bractwo lemingów naczelnych,

które zwykło leżakować w tak zwanym „grajdole intelektualistów”,

czyli żmijowisku ustawionych przez komunę przemądrzałych snobów,

gdzie o losach Polski deliberowało trendotwórcze grono salonu III RP.

To wiecznie rozgadane towarzystwo wzajemnego zachwytu nad samymi sobą

nie zostawiwszy suchej nitki

na rezydujących opodal „nadzianych sprawcach wszelkiego zła”,

modliło się skrycie by owi „złoczyńcy” nie zapomnieli ich jednak zaprosić

na swojego grilla rozpalanego w miejscu, w którym warto bywać.

I w taki oto sposób zrodziła się wtenczas na Helu złotodajna symbioza

docentów marcowych z ober majstrami od kręcenia lodów.

To między innymi stamtąd nadawano wówczas w Polskę przekaz,

że lewactwo to cnota, a patriotyzm to obciach,

co lemingi uznały za życiowe credo dając ślepe przyzwolenie,

by przefarbowana na różowo szajka bezkarnie szabrowała Polskę.

Aż nadszedł dla postkomunistów czas nieszczęścia,

kiedy władzę w kraju przejęli Kaczyńscy i urwało się kręcenie lodów.

Wtedy to helskie lemingi wychudły, zmarniały i straciły rezon,

lecz przetrwały, gdyż znalazły azyl w „ośrodkach wczasowych”,

gdzie niegdyś wypoczywali generałowie Kufel, Oliwa, Żyto i Baryła,

a owe ośrodki do dnia dzisiejszego służą „wczasowiczom”,

którzy za strzeżoną przez wojsko bramą mogą się regenerować za półdarmo.

Ale przed pięcioma laty,

Platforma odbiła władzę z rąk braci Kaczyńskich,

a boleśnie doświadczony sztab lemingów naczelnych postanowił,

iż trzeba niezwłocznie coś zrobić, żeby

opozycja prawicowa już nigdy nie wróciła do władzy.

Postanowiono tedy opozycję ośmieszyć i obrzydzić ludziom.

W tym celu centrala oddelegowała na Hel emisariuszy,

którym zlecono ambitne zadanie, żeby ludzi zbałamucić.

I tak, wzorem świadków Jehowy zapowiadających koniec świata,

owi złotouści posłańcy złej nowiny,

zaczęli się włóczyć po Półwyspie od knajpy do knajpy,

a w kawiarniach przysiadać do gości,

by po krótkim zagajeniu o pogodzie

roztoczyć przed aspirującymi do elity lemingami przeokropne wizje

co się z nimi stanie, gdy władzę odbiją ponownie

ludojad Jarosław z Ojcem Dyrektorem.

I pranie mózgów przyniosło zamierzony efekt

bo w końcu udało się zabić łączącą ludzi ideę „epopei helskiej balangi”,

między innymi za karę,

że się tę balangę ośmielił opisać niepoprawny politycznie Polak.

Wtedy autor książki o helskiej balandze

zakończył doroczne spotkania w Domu Zdrojowym w Jastarni, gdyż uznał,

że ta piękna epopeja żyła ponad podziałami dopóty,

póki jej nie wciągnięto podstępnie w brudy polityki,

zwaśniwszy ze sobą tych, którzy ją tworzyli.

I ziściło się to, czego nie zdołał dokonać wspomniany już malarz,

gdyż grupę wieloletnich przyjaciół zdołano podzielić

na „lepszych” od „gorszych”.

A gdy patrzę jak łatwo ci, na szczęście nie wszyscy,

którzy się zdawali ikonami helskiej epopei

przerodzili się w służących nowej władzy pieczeniarzy,

to aż strach pomyśleć, komu mogli dawniej służyć.

Kres „epopei helskiej balangi” zbiegł się z apogeum „ery zielonej wyspy”

kiedy się rozpoczęła

niwecząca wszystko, co piękne aneksja Półwyspu Helskiego

przez wychowane na „NIE”, Gazecie Wyborczej i tefełenie,

hordy intelektualnie ubezwłasnowolnionych lemingów pospolitych,

a jakość wypoczywającego na Helu „towarzystwa” zatrważająco sczezła.

Bowiem ta oszołomiona przez media szarańcza,

wystrojona w handlowych centrach wielkometrażowych,

gdzie Europa wyzbywa się bubli, w których już nikt nie chce chodzić,

dała na Helu początek pandemii tandetnej szpetoty, gdyż

leming czuje się tym lepiej im wokół niego obskurniej i brzydziej.

I choć zrobiono na Helu wiele, że wspomnę oczyszczalnie ścieków,

odnowione porty, wybrukowane chodniki, nowe mola,

kwieciste klomby, szkoły windsurfingu,

i chyba najpiękniejsze w świecie ścieżki rowerowe,

to niestety, w centrum Jastarni,

niegdysiejszy aromat świętego dymu starych kaszubskich wędzarni

musiał ustąpić miejsca fetorowi podpałki do grilla i przepalonego oleju.

A niegdyś ciche i przytulne korso spacerowe

zmieniło się w upstrzone pod gust nowobogackiego leminga

targowisko, sklecone na sezon z ohydnych bud i straganów,

w których leming modelowy, z Gazetą Wyborczą pod pachą,

nabywa tandetne szkaradztwa z debilnie zadowoloną miną,

że nareszcie silna i bogata Polska należy do niego.

W tym chłamie, depcząc sobie po piętach kotłują się wrzaskliwe hurmy

żelaznego elektoratu Platformy

bezszyich, łysoczaszkich, wytatuowanych ogrów

opychających się bezmyślnie z nudów

hot dogami, goframi, chipsami, popcornem i watą cukrową.

A ta karuzela kaleczącego wrażliwość bezguścia

wiruje od rana do nocy w kakofonicznym zgiełku

rzężących nieznośnie mechanicznych żyraf i słoników,

na których kiwają się tępo znudzone bachory,

a ryk biesiadnych hitów disco polo

gryzie się z jękliwym zawodzeniem peruwiańskich fujar.

Zaś w czynnych do ostatniego gościa pubach,

wgapione w telebimy lemingi kolebią się nad kuflami piwa

i po każdym przegranym meczu

pobekują nasz nowy asertywny hymn narodowy

„Nic się nie staaaaało! Polacy! Nic się nie staaaaało!

I niestety, coraz mniej w tym tłumie kulturalnych twarzy,

gdyż niedobitki czujących coś jeszcze wrażliwców

wieją przed tym rejwachem gdzie pieprz rośnie

przemierzając kilometry brzegiem morza

by znaleźć, chociaż skrawek pustej plaży

i pogadać z mewami, jak pięknie było niegdyś na Półwyspie.

Ale żeby wszystko było jasne podkreślam dobitnie,

że ta epidemia pretensjonalnej brzydoty to nie wina Gminy,

lecz efekt jakości rządu, który „rządzi” dzięki lemingom właśnie.

Zresztą zalew podobnego bezguścia dotknął całą Polskę

by wspomnieć jarmarczny kociokwik pod Gubałówką w Zakopanem.

Jurata zaś zmieniła się ostatnimi laty

z willowego leśnego kurortu w pipidówkę,

gdzie straszą budowane na wynajem,

ogacone afektowanymi butikami „apartamentowce”

sterczące ponad bałtyckimi sosnami jak kolce w oku helskiego pejzażu.

A po deptaku wiodącym do molo,

gdzie niegdyś przechadzało się rzeczywiście eleganckie towarzystwo,

włóczą się trzody biznesowych aspirantów spozierających zazdrośnie

w stronę rozpartych na kawiarnianych krzesłach

rezydujących w „Bryzie” beneficjentów okrągłego stołu,

do których nota bene (sic!) wpadają często cichcem na śniadanie

ziomkowie z miejscowych pól namiotowych,

by się obeżreć na sępa frykasami ze szwedzkiego stołu.

Zaś na hotelowej plaży leczą swe kompleksy genealogiczne,

przepraszam za wyrażenie „ciećwierze”,

no, bo jak inaczej nazwać kogoś,

kto miast na mięciuchnym jak puch z gęsiej szyi piasku,

wyleguje się dla szpanu na szpecącym helską plażę łożu z baldachimem.

A bacząc na fizis owych „dżentelmenów” dam głowę,

że gros tych mających się za elitę kabotynów

nie odróżnia smaku szlachetnego bałtyckiego łososia

od karmionej chińskim łajnem pangi,

gdyż dla takiego prawdziwka jedno i drugie to ryba.

A jedynym, o czym taki leming myśli jest pragnienie

by pewien łasujący na Półwyspie Helskim bajkopisarz,

świeżo zwerbowany jawny współpracownik Szkła Kontaktowego,

wspomniał o nim choćby jednym słowem

na przedostatniej stronie tygodnika WIVA! ,

co ponoć nobilituje do krajowych „elit”.

Jak widać, strasznie nam napaskudziły lemingi na Helu,

a zakorzeniona w przedwojennej tradycji kultura wysoka

została brutalnie wyparta z Półwyspu

przez wyrosłą z post-komuszej schedy

nowobogacką

para-europejską subkulturę bazarowo podwórkową.

Lecz nic to, nie takie plagi przetaczały się po tej ziemi,

a na szczęście

ludzie już zaczynają się zwolna wybudzać z letargu,

w jaki ich wprowadzili anestezjolodzy III RP

i to tylko kwestia czasu,

kiedy na Półwysep Helski znów powrócą stare dobre lata

przywracając mu jego dystyngowaną urodę.

I na koniec słowo do rodaków zatroskanych o to, co się dzieje z Polską.

Trzecia RP to jedynie historyczny epizod.

Platforma nabiera wody i tylko patrzeć, jak pójdzie na dno.

Więc głowa do góry!

Sztuczny przeszczep post-komuszej subkultury

nigdy się nie przyjmie na odpornym na kicz organizmie

niezniszczalnej tradycji

naszego wielowiekowego kulturowego dziedzictwa.

Już wkrótce

znów będzie, jak niegdyś na Helu.

Krzysztof Pasierbiewicz

(nauczyciel akademicki)

BRAK KOMENTARZY

Zostaw odpowiedź