Tygrysa-hejtera pilnie zatrudnię

Tygrysa-hejtera pilnie zatrudnię

45
0
SHARE

Tygrysa-hejtera pilnie zatrudnię

Mój ulubiony hejter żył w latach 1841-1929, był Francuzem i nazywał się Georges Clemenceau. Ten pan był politykiem i świetnym mówcą. Hejtował swoich przeciwników tak zajadle, że wszyscy się go bali i stąd przezwano go Tygrysem. Głównym jego zajęciem było nie budowanie pomostów ponad podziałami, lecz, skuteczne skądinąd, obalanie kolejnych rządów III Republiki. Clemenceau po prostu zionął nienawiścią do swoich przeciwników politycznych, w przeciwieństwie do dzisiejszej Platformy Obywatelskiej, która jak wiadomo zionie zgodą i bezpieczeństwem.

Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że hejtujący Tygrys wywracał te rządy będąc zwykłym deputowanym, czyli po naszemu posłem, bo bardzo długo nie trafiło mu się poważniejsze jakieś stanowisko polityczne. Ministrem został po raz pierwszy już jako człowiek po sześćdziesiątce, a wedle anegdoty doszło do tego wskutek przypadku. Otóż Clemenceau uczestniczył w bankiecie wydanym przez kandydata na premiera i kandydat ów, chcąc wykazać się uprzejmością, chodził wśród gości pytając każdego na jaki rodzaj alkoholu ma ten czy ów ochotę. Gdy podszedł do Tygrysa, zapytał:

– A pan, co bierze?

Na co Clemenceau odparł z roztargnieniem:

– Sprawy wewnętrzne.

A że słowo się rzekło, to po wyborach istotnie dostał resort spraw wewnętrznych.

Tygrys hejtował również w prasie. To właśnie na łamach jego czasopisma „L’Aurore” swój słynny artykuł opublikował Emil Zola. Był to rok 1898, Francja żyła tzw. sprawą Dreyfusa, oficera żydowskiego pochodzenia, niesłusznie – jak się potem okazało – skazanego za szpiegostwo na rzecz Niemiec. W tle były uczucia antysemickie, problematyczna kontrola państwa nad armią i tego typu rzeczy. Cały kraj podzielił się na zwolenników i przeciwników owego Dreyfusa, a Clemenceau dolał oliwy do ognia i zamieścił płomienny manifest Zoli występującego w roli oskarżyciela sądu i w ogóle władz Republiki, przy czym długi i nieefektowny tytuł uciął po prostu nożyczkami i zostawił tylko słowo „J’Accuse…!”, czyli „Oskarżam!”. Zola musiał dla bezpieczeństwa na jakiś czas uciec do Anglii, a we Francji omal nie doszło do wybuchu wojny domowej. Ten straszliwy hejt jeszcze boleśniej podzielił Francuzów, niemniej Tygrys stał się autorem najsłynniejszego tytułu prasowego w historii. No, przynajmniej do 1989 r., kiedy to Adam Michnik wymyślił tytuł „Wasz prezydent, nasz premier”.

Piszę o tym bo, jak wszyscy wiemy, z obozu władzy wyciekły słowa premier Kopacz o konieczności zatrudnienia pięćdziesięciu internetowych hejterów (docelowo stu), którzy zwalczaliby przed najbliższymi wyborami Prawo i Sprawiedliwość. Rzecznik rządu, pani Kidawa-Błońska zdementowała te wieści twierdząc w rozmowie z Informacyjną Agencją Radiową że zdanie pani premier było wyrwane z kontekstu. I że pani premier chodziło o to, aby „po przeszkoleniach wszyscy członkowie Platformy byli aktywni i zachowywali się jak hejterzy”.

Podniosły się głosy oburzenia. Niektórzy zwracali uwagę, że panie Kopacz i Kidawa- Błońska w ogóle nie wiedzą o czym mówią, bo nie potrafią się poruszać w Internecie i nie rozumieją znaczenia słowa hejter. Inni, wśród nich także moja skromna osoba, przekonani są, że PO żadnych hejterów zatrudniać nie musi, skoro dysponuje już Stefanem Niesiołowskim. Jest to człowiek, który hejt wobec PiS prowadzi nieprzerwanie od czasu, kiedy Jarosław Kaczyński wykazując dalekowzroczność istotnie godną wielkiego męża stanu nie przyjął go do swojej partii. Pan poseł hejtował już w czasach, kiedy Internet wprawdzie w Polsce był, ale nie odgrywał jeszcze takiej roli społecznej jak obecnie.

Mógłby ktoś powiedzieć, że Niesiołowski na internetowego hejtera się nie nadaje, bo nie wiadomo czy ma obycie z komputerem. Faktycznie nie wiadomo czy ma z czymkolwiek obycie, bo sam pamiętam z dawnych czasów (gdy oglądałem jeszcze regularnie telewizję) jak to pan poseł opowiadał w jakimś lightowym programie że pod nieobecność swojej żony naszła go ochota na zupę pomidorową. I zrobił tę zupę tak, że do talerza nalał wrzątku, wsadził koncentratu pomidorowego i memłał łyżką, oczekując, że mu się koncentrat rozpuści i z tego będzie zupa. Więc jak ktoś nie wie jak się pomidorówkę choćby z koncentratu robi, to jak ma zrobić najprostszego mema? No tak, ale Niesiołowski ma na pewno jakichś młodych asystentów otrzaskanych w tajnikach sieci. I będzie mógł im przekazywać swoje myśli, jeśli mogę użyć takiego eufemizmu w stosunku do Niesiołowskiego, i oni to coś przeleją do Internetu, więc po co wynajmować innych ludzi i im płacić z tytułu umowy o dzieło?

Konkluzja jest taka: PO może hejtować, może hejterów wynająć na umowach śmieciowych, ale takiego hejtera jakim był Tygrys Clemenceau nigdy mieć nie będzie. A powód jest prosty. Inteligencji nie kupuje się na wyprzedaży w hipermarkecie. Nawet jeśli wzięło się kredyt we frankach.

Tomasz Kowalczyk

/Przedruk w całości ze strony Klubów Gazety Polskiej za zgodą autora/

BRAK KOMENTARZY

Zostaw odpowiedź